NEWS
– Zostałam odwołana, bo urodziłam dziecko. To brak poszanowania praw pracowniczych, który nosi znamiona dyskryminacji ze względu na płeć – mówi Milena Adamczewska-Stachura. To adwokatka odwołana z funkcji zastępczyni dyrektor departamentu ds. równego traktowania w kancelarii premiera
– Zostałam odwołana, bo urodziłam dziecko. To brak poszanowania praw pracowniczych, który nosi znamiona dyskryminacji ze względu na płeć – mówi Milena Adamczewska-Stachura. To adwokatka odwołana z funkcji zastępczyni dyrektor departamentu ds. równego traktowania w kancelarii premiera.
W ubiegłym tygodniu w artykule “Departament nierównego traktowania. Pracownica na macierzyńskim odwołana z KPRM” napisaliśmy o odwołaniu zastępczyni dyrektor departamentu ds. równości. Od czerwca ubiegłego roku przebywała na zwolnieniu lekarskim. We wrześniu urodziła dziecko. Kilka tygodni później, 21 października, została odwołana. Urzędniczka była zatrudniona na podstawie powołania.
Zgodnie z prawem pracownik zatrudniony na podstawie powołania może być w każdym czasie – niezwłocznie lub w określonym terminie – odwołany ze stanowiska przez organ, który go powołał.
Mecenas Maria Sankowska-Borman, specjalistka od prawa pracy, przyznaje, że choć mechanizm odwołania jest prawnie dopuszczalny, to “zawsze w takiej sytuacji trzeba spojrzeć szerzej i się zastanowić, czy on nie jest motywowany na przykład tym, że osoba urodziła dziecko, czy korzysta z urlopu macierzyńskiego”.
Po naszym artykule Katarzyna Kotula, pełnomocniczka rządu do spraw równości, napisała na platformie X:
“Osoba pełniąca funkcję zastępcy dyrektora w Departamencie ds. Równego Traktowania w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów nie została zwolniona, a jej stosunek pracy nie został rozwiązany. Nadal pozostaje pracownikiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i korzysta z pełni praw przysługujących jej na podstawie obowiązujących przepisów prawa pracy”.
To prawda. W artykule napisaliśmy wprost, że “odwołanej kobiecie przysługuje prawo do urlopu macierzyńskiego, ale oznacza to de facto, że jej odwołanie – o którym została poinformowana jako matka sześciotygodniowego dziecka – wejdzie w życie po zakończeniu urlopu”.
Mimo to Katarzyna Kotula zarzuciła nam kłamstwo. I dodała, że urzędniczka ma możliwość powrotu do pracy w dowolnym momencie. “Dotychczas jednak nie nawiązała kontaktu ani z Kancelarią, ani z Departamentem ds. Równego Traktowania w sprawie ewentualnego powrotu” – napisała Kotula na X.
Odwołana urzędniczka po raz pierwszy zabiera głos w tej sprawie w rozmowie z Wirtualną Polską.
Szymon Opryszek, Wirtualna Polska: Kiedy zadzwoniliśmy do pani przed publikacją artykułu, odmówiła pani komentarza. Dlaczego?
Milena Adamczewska-Stachura, adwokatka odwołana z funkcji zastępczyni dyrektorki departamentu ds. równego traktowania kancelarii premiera: Nie miałam siły i odwagi na dzielenie się tą historią. Nie chciałam też, by sprawa stała się medialna. Z tego powodu nie zrobiłam tego też w październiku, czyli zaraz po tym, kiedy zostałam odwołana. Teraz, kiedy informacja o moim odwołaniu trafiła do mediów niezależnie ode mnie, w reakcji na nią pojawiły się wyjaśnienia, które wprowadzają w błąd, sugerują, że problemu nie ma i że to ja nie zrozumiałam sytuacji. Postanowiłam więc zareagować i przywołać fakty.
Porozmawiajmy o nich: w październiku, sześć tygodni po urodzeniu dziecka dostaje pani pismo z odwołaniem.
Tak. Pismo podpisała dyrektor generalna KPRM.
Wyobrażam sobie, że musiało to być stresujące.
REKLAMA
KONIEC REKLAMY
W momencie końca połogu myślami jest się zdecydowanie w zupełnie innym miejscu niż zastanawianie się nad swoją sytuacją zawodową. To było bardzo stresujące, na początku też nie do końca dotarło do mnie, co się stało. W końcu musiałam się jednak zmierzyć z tą sprawą i świadomością, że urlop rodzicielski zbliża się do końca, a ja muszę szukać nowej pracy.
Ma pani przed sobą pismo z odwołaniem.
Nie jest długie i myślę, że jestem w stanie naprawdę przeczytać je ze zrozumieniem. Jest w nim jasno wskazane, że w momencie zakończenia urlopu rodzicielskiego zacznie biec moje wypowiedzenie. A kiedy okres wypowiedzenia się skończy, stosunek pracy zostanie rozwiązany. W tym piśmie nie ma mowy o żadnym innym możliwym scenariuszu. Ani o tym, że mogę na to stanowisko wrócić, albo choćby o tym, że porozmawiamy o tym, czy ten stosunek pracy się rozwiąże, czy nie, kiedy wrócę po urlopie rodzicielskim, bo może zostanie mi zaproponowane inne stanowisko. Jest za to jasno stwierdzony fakt, dokładnie określone przyszłe zdarzenie, które spowoduje rozwiązanie stosunku pracy. A to oznacza, że de facto nie wróciłabym do wykonywania żadnych obowiązków.
Poza tym kazano pani wybrać urlop wypoczynkowy.
Zgadza się. Czytam w piśmie: “w okresie wypowiedzenia stosunku pracy udzielam pani przysługującego urlopu wypoczynkowego”.
Czy ktokolwiek z przełożonych zarzucał pani, że nie przykłada się pani do obowiązków?
Nikt takich zarzutów do mojej pracy nie miał. Co więcej, wręcz słyszałam wcześniej, że moją pracę wykonywałam bez zastrzeżeń.
W takim razie, jaki był powód odwołania?
Nie wynika to z pisma. Dlatego myślę, że jedynym powodem mojego odwołania było to, że przechodząc na urlop macierzyński, w pewnym sensie blokowałam stanowisko zastępczyni dyrektorki. Przy czym można było poszukać innych rozwiązań jak powołanie na ten czas drugiej zastępczyni.
To, co uderzyło mnie w pani historii, to fakt, że wszystko wydarzyło się w departamencie ds. równego traktowania, który na sztandarach ma równość i prawa kobiet.
Dlatego czuję wielki żal. Myślałam, że jest to miejsce, w którym takie historie po prostu nie mogą się wydarzyć. To tylko potwierdza, jak dużo jest jeszcze do zrobienia w tej sprawie w Polsce. Może i mamy dostęp do długich urlopów rodzicielskich na korzystnych warunkach, ale co z tego, skoro po skorzystaniu z nich, można zostać odsuniętym od wcześniejszych obowiązków, stracić możliwości rozwoju zawodowego, a nawet, jak w moim przypadku, po prostu nie mieć do czego wracać.
To także jeden z powodów, dla których zdecydowałam się na komentarz. Gdy w odpowiedzi na artykuł zaczęły pojawiać się nieprawdziwe informacje, doszłam do wniosku, że jako prawniczka działająca na rzecz równego traktowania muszę postarać się o to, by takie historie po prostu się nie powtarzały. Jeżeli tym komentarzem mogę choć trochę na to wpłynąć, będę zadowolona.
Taka sytuacja to według pani już dyskryminacja czy zwykły brak empatii?
To przede wszystkim działanie sprzeczne ze standardem równego traktowania, którego taka instytucja powinna nie tylko przestrzegać, ale które powinna też promować i umacniać. W mojej ocenie to także brak poszanowania praw pracowniczych, który nosi znamiona dyskryminacji ze względu na płeć. Według mojej wiedzy jedyną przyczyną mojego odwołania był fakt urodzenia przeze mnie dziecka i związanej z tym nieobecności w pracy.
Pani stanowisko jeszcze tego samego dnia zostało obsadzone. Ale zwolniło się kilka dni temu, gdy pani następczyni awansowała na pozycję dyrektorską po rezygnacji dotychczasowej dyrektor. Dlatego teraz KPRM twierdzi, że może pani wrócić na stanowisko w dowolnym momencie.
Widziałam, że takie komentarze pojawiały się w mediach społecznościowych. To niepoparte niczym stwierdzenia, bo nie dostałam żadnej oficjalnej informacji na temat możliwości powrotu do pracy. Oczywiście teoretycznie mogłabym zostać ponownie zatrudniona i powołana na stanowisko, ale nie mam żadnej gwarancji, że coś takiego się rzeczywiście wydarzy i że we wrześniu, kiedy skończę urlop rodzicielski, to stanowisko będzie dalej wolne.
Z tweetów Katarzyny Kotuli wynika, że to pani się musi zwrócić do KPRM.
Obecnie przebywam na urlopie rodzicielskim i nie mam żadnego zobowiązania do kontaktowania się w tej sprawie z pracodawcą. Zwłaszcza w sytuacji, w której zostałam odwołana. W tym momencie próba nawiązania kontaktu z mojej strony byłaby po prostu ponownym szukaniem pracy. I rzeczywiście muszę się tym zająć, ale KPRM nie będzie miejscem, w którym będę w obecnych okolicznościach szukała zatrudnienia.