NEWS
Wydawałoby się, że jeśli chodzi o specyficzny “savoir-vivre”, w polskiej polityce już wszystko było ➡️
Wydawałoby się, że jeśli chodzi o specyficzny “savoir-vivre”, w polskiej polityce już wszystko było. Było nazywanie politycznych przeciwników “mordami zdradzieckimi” i oskarżanie o zabójstwo brata (Jarosław Kaczyński), czy odszczurzanie naszej Najjaśniejszej (Marek Kuchciński), które miało być metaforą Polski sprzątanej przez PiS z niepotrzebnych śmieci.
Było mówienie do dziennikarzy sio (Waldemar Palak), a nawet nazywanie reporterki “małpą w czerwonym” (prezydent Lech Kaczyński o Indze Rosińskiej z TVN24). Nie jest tajemnicą, że urzędujący notable i pomniejsi politycy na państwowych posadach dziennikarzy nie lubią. To się nieco zmienia, gdy tracą władzę i mija syndrom oblężonej twierdzy, wywołany koniecznością nieustannego tłumaczenia się z podejmowanych decyzji, co dla demokratycznej władzy winno być czymś naturalnym, a niestety nie jest.