NEWS
Antoni Macierewicz znów sięgnął po swoją ulubioną broń masowego rażenia, czyli groźbę pozwu, bo Radosław Sikorski najwyraźniej ośmielił się nie traktować jego opowieści jak świętego objawienia.
Antoni Macierewicz znów sięgnął po swoją ulubioną broń masowego rażenia, czyli groźbę pozwu, bo Radosław Sikorski najwyraźniej ośmielił się nie traktować jego opowieści jak świętego objawienia.
Trudno powiedzieć, czy to jeszcze polityka, czy już teatr jednego aktora, w którym każda krytyka kończy się dramatycznym „spotkamy się w sądzie”, choć zwykle kończy się co najwyżej na konferencji prasowej i kilku ostrych zdaniach w mediach.
Sikorski, zamiast wpaść w panikę, zrobił to, co w takich sytuacjach najbardziej boli — zignorował powagę sytuacji i odpowiedział z lekkim uśmiechem, jakby właśnie ktoś zagroził mu pozwem za brak wiary w jednorożce. Cała ta wymiana wygląda więc jak klasyczny polski ping-pong. Jeden podbija emocje i buduje aurę oblężonej twierdzy, drugi punktuje absurd i zbiera oklaski swojej publiczności. A gdzieś w tle jak zwykle znika to, co najważniejsze, czyli realne sprawy, bo przecież łatwiej krzyczeć o pozwach niż rozmawiać o faktach…