NEWS
„Diakuju” Tusk i Macron w Gdańsku pokazali, jak wygląda
Diakuju” za zdradę. Tusk i Macron w Gdańsku pokazali, jak wygląda dusza Polaka bez honoru.
Donald Tusk stoi obok Emmanuela Macrona w Gdańsku i z rozanieloną twarzą opowiada o „setkach wielbicieli” Francuza na Długiej. O spontanicznym tłumie, kocha przywódcę kraju, który od lat słabnie, ugina się przed Berlinem i nie potrafi obronić własnych granic. A potem – wisienka na torcie – młoda Ukrainka mówi „diakuju”. I Tusk się wzrusza. Bo to nie Polacy, nie ich codzienne zmagania, nie ich bezpieczeństwo jest dla niego najważniejsze. To ukraińskie „dziękuję” za wsparcie, które kosztuje nas miliardy, podczas gdy polskie rodziny ledwo wiążą koniec z końcem.
To nie jest dyplomacja. To psychologiczny mechanizm poddania. Tusk, jak klasyczny kompleks niższości, szuka potwierdzenia swojej wartości w oczach Zachodu. Macron – symbol słabnącej Europy – dostaje w Gdańsku owację, której nie dostaje już nawet u siebie. A my? My mamy słuchać, jak polski premier wychwala cudzoziemca, podczas gdy tysiące Polaków codziennie czuje, że ich państwo jest traktowane jak kolonia do wyzysku: tanie ramię robocze, rynek zbytu i bufor dla ukraińskiej granicy.
Konserwatywna prawda jest brutalna i prosta: Polska nie przetrwa jako państwo suwerenne, jeśli jej elita będzie klękać przed każdym, kto przyjedzie z Brukseli czy Paryża. „Diakuju” to nie wdzięczność – to symbol, że polska racja stanu została sprzedana za laurki i kontrakty. Za francuskie elektrownie, za unijne fundusze, za iluzję „europejskiej solidarności”, która w rzeczywistości oznacza: wy płacicie, my rządzimy.
Czas przestać się wzruszać. Czas się obudzić. Polacy mają misję – odzyskać swoje państwo. Nie dla Ukrainy, nie dla Macrona, nie dla Tuska. Dla swoich dzieci, dla godności i dla przyszłości. Bo jeśli dziś klękamy w Gdańsku przed „setkami wielbicieli” – jutro nie będzie już Polski, którą warto bronić.